Rozdział IX
Link 04.10.2009 :: 20:33
Komentuj (17)
Noc na Haolinii zapadała wyjątkowo szybko. Na tej pozbawionej księżyców planecie ciemne niebo rozświetlało jedynie tysiące gwiazd, porozrzucanych niczym drogocenne diamenty po nieboskłonie.
Jednak tym razem ciemność nocy została brutalnie zakłócona. Przedmieścia Falsteru, głównego miasta tego świata, płonęły.
Haolinia była małą, skalistą planetą, na której niewielkie zbiorniki wodne umożliwiły życie. Pozbawiona bujnej roślinności, stanowiła jednak ogromne źródło surowców mineralnych. Jeszcze za czasów Pierwszej Rady założono tu kolonię górniczą, kontrolowaną w całości przez elfy. I w bardzo elficki sposób zarządzaną.
Zarządca Haolinii, Teyshir Ninyoiilish, nie mógł jednak zrozumieć sytuacji, w której właśnie znalazło się miasto. Przywykł do sporadycznych wybuchów niezadowolenia wśród pracujących w kopalniach niewolników, zawsze jednak były one szybko tłumione. Elf w sumie nawet nie dziwił się ludzkiemu robactwu – warunki, w których pracowali, musiały być upokarzające nawet dla tych żałosnych istot. Dzięki temu jednak, wycieńczeni pracą, nie mieli sił zorganizować skutecznego buntu przeciw elfickim panom.
Aż do teraz.
Teyshir patrzył przez okna oszklonego obserwatorium na rozciągające się w dole miasto, na buntowników, którzy ogarnięci furią rzucali się na elfią straż. Słabo uzbrojeni, ginęli całymi masami, były ich jednak tysiące i nieustannie parli naprzód. Zarządca Haolinii z rosnącym zdumieniem rozpoznawał wśród wściekłego tłumu nie tylko niewolników z kopalni, ubranych w poszarpane łachmany, ale również wielu lepiej odzianych ludzi, o wyższym statusie społecznym, którzy jak dotąd pomagali elfom utrzymywać krnąbrnych niewolników w ryzach. Owszem, nie byli traktowani jak pełnoprawni obywatele elfickiej kolonii, lecz i tak mieli wystarczająco dużo przywilejów jak na istoty, które w gruncie rzeczy niewiele się różniły od zwierząt.
„To wszystko przez tą niedawno otwartą Akademię dla ludzi. Niedorzeczny pomysł… Po co temu robactwu wyższe wykształcenie? Przez to tylko buntownicze myśli chodzą im po głowie…”
- Zaskakująco szybko rozprzestrzenia się ten bunt, prawda, sir?
Elf spojrzał na stojącego obok przedstawiciela Remalve, który podobnie jak on obserwował kłębiący się w dole tłum. Ethil Nevrenis, rudowłosy człowiek o spokojnym usposobieniu, nie wydawał się być przejęty groźną sytuacją. Zarządca Haolinii prychnął z niezadowoleniem.
- To tylko ludzkie robactwo… Moje elfy szybko się z nimi rozprawią.
Jego rozmówca najmniejszym nawet gestem nie pokazał, że poczuł się urażony tym stwierdzeniem. Sam był człowiekiem i chociaż może nie miał tego za powód do wielkiej dumy, nie uważał również swojego pochodzenia za hańbę.
W kierunku szklanej wieży, w której znajdowali się obaj obserwatorzy, posypał się grad pocisków. Wszystkie rozproszyły się na magicznej osłonie, chroniącej obiekt, ale mimo to Teyshir wydawał się być coraz bardziej zaniepokojony. Ethil zobaczył, że na jego czole pojawiają się kropelki potu. Uśmiechnął się kpiąco w duchu. Ten tchórzliwy elf dostał się na tak wysokie stanowisko tylko dzięki szlacheckiemu pochodzeniu i znajomościom, gdyż sama swoją osobą nie prezentował nic wartościowego.
- Jesteś pewien, że tarcze wytrzymają? – Teyshir spytał po dłuższej chwili trwania ostrzału.
- Zostały stworzone i zamontowane przez naszych najlepszych specjalistów, sir. Nikt się tutaj nie dostanie bez mojego pozwolenia, a ja jestem ci całkowicie oddany.
- Dopóki ci płacę, hę? – elf zarechotał. Znał doskonale naturę członków Remalve, dla nich liczył się tylko zysk. Od razu poczuł się pewniej. – Czemu więc twój mały oddział nie wkroczy do walki i nie pomoże stłumić buntu?
- Bronimy tego miejsca z pełnym poświęceniem i sądzę, że…
- Ja jednak rozkazuję, abyście bronili mnie na zewnątrz! Nie zapominaj, panie Nevrenis, że w każdej chwili mogę rozwiązać z wami umowę i zwrócić się do naszej Elishalijskiej Spółki Górniczej!
Teyshir uśmiechnął się z satysfakcją, widząc jak ten Ethil od razu pokornieje. Ten argument już od dłuższego czasu zamykał usta tym bezczelnym Remalveńczykom, łasym na zyski z jego kopalni. Nie zdawał sobie jednak sprawy, że uciekał się do tej sztuczki zbyt wiele razy…
- Jak sobie życzysz, sir – rudowłosy człowiek skłonił się i wydał zaszyfrowany rozkaz przez specjalne połączenie telepatyczne. Chwilę później dostał potwierdzenie.
Zarządca Haolinii, z zadowoleniem wypisanym na jego elfiej twarzy, obrócił się z powrotem w kierunku okna, czekając na widoczne efekty. Tych przekupnych najemników było całkiem sporo, a do tego musiał przyznać, że są doskonale wyszkoleni i maja świetny sprzęt. Powinni się rozprawić bez większych problemów z ludzką hołotą, mimo że to nie wchodziło w zakres umowy. Teyshir zachichotał w duchu. Ci idioci tak się boją utraty zysków na Haolinii, że spełnią każde jego polecenie!
Czekał na zmianę sytuacji na i rzeczywiście, po paru minutach coś się zmieniło. W ciemności nad Falsterem zaczęły się wyłaniać bojowe statki kosmiczne, o typie niespotykanym wśród floty Zjednoczonych Krain. Elf zmarszczył brwi. Żadna jednostka nie miała prawa się przedostać przez ochronną strefę wokół jego skalistej planety, także zaprojektowaną i kontrolowaną przez Remalve.
I wtedy dostrzegł coś, co zmroziło mu krew w żyłach. Statki miały sygnatury lishkańskie.
- Ty… Ty zdrajco! – ryknął w stronę irytująco spokojnego Ethila. Zanim zdążył podjąć jakąkolwiek decyzję, Remalveńczyk błyskawicznym, mocnym ruchem wbił sztylet w gardło elfa, przebijając się przez grubą warstwę zaklęć ochronnych. Teyshir osunął się na posadzkę, charcząc cicho i drgając w przedśmiertnych konwulsjach. Po chwili znieruchomiał z wyrazem niedowierzenia na twarzy.
Ethil Nevrenis nie lubił zabijać. Był raczej typem dyplomaty niż zabójcy. Jednak, jak każdy w Remalve, rozumiał koszmar wyższej konieczności.
- To naprawdę nic osobistego – mruknął jeszcze w stronę martwego ciała i wytarł sztylet o bogatą, wyszywaną srebrem szatę elfa. Po chwili dostał potwierdzenie, że pozostali zdołali wykorzystać zaskoczenie i usunąć elficką straż przyboczną zarządcy Haolinii.
Wszystko szło zgodnie z planem.
- Wszystko poszło zgodnie z planem, wasza ekscelencjo. Przyprowadzono też przywódcę powstania. Czeka na zewnątrz.
Lishkański oficer patrzył z pewnym niepokojem na białowłosego elfa. A przynajmniej na coś, co z pewnością kiedyś elfem było. Siedział przy biurku, obracając w dłoniach zwykły, stalowy sztylet, nie racząc nawet spojrzeć na żołnierza. Ten wiedział, że w ciemnościach, tam, gdzie nie sięgało mdłe światło lampy atrylicznej, kryje się dwóch uzbrojonych Kapłanów. Słyszał ich ciche szepty, słowa w nieznanym języku, być może rozumianym tylko przez nich samych. Prawdopodobnie byli nafaszerowanie prochami, co jednak wcale nie czyniło z nich mniej groźnych przeciwników. Bez wahania skrócą o głowę każdego, kto ośmieli się wykonać jakiś niespodziewany ruch wobec ich Najwyższego Kapłana.
- Mam go wprowadzić?
Nieśpieszne skinięcie głową.
Oficer zniknął za zasłoną i po chwili razem z nim pojawił się kolejny mężczyzna, właściwie jeszcze młodzieniec. Niska, drobna postura i włosy barwy popiołu wskazywały na rodowitego mieszkańca Haolinii, z bogatszej warstwy społecznej, sądząc po stroju, teraz brudnym i poszarpanym. Widać było po nim zmęczenie, jednak gdy tylko ujrzał Najwyższego Kapłana, oczy zwęziły mu się w wyrazie źle skrywanej złości.
- Elf! – syknął na tyle głośno, aby usłyszeli go wszyscy znajdujący się w pomieszczeniu. Cofnął się o krok, mało nie nadeptując na stopy trzymającego się z tyłu lishkańskiego oficera. Najwyższy Kapłan nie wyglądał na zaskoczonego grymasem wściekłości na twarzy Haolińczyka.
- Panie Sidernach, doskonale rozumiem pańskie uprzedzenia rasowe, ale nie jestem elfem z Elishalii. W Lishkanie panują nieco inne zwyczaje.
Itris Sidernach zmrużył podejrzliwie oczy i przyjrzał się bliżej swojemu rozmówcy. Wyglądał inaczej niż elfy, które widział do tej pory w swoim życiu, to musiał przyznać. I owe numidzko białe włosy były najmniej dziwaczną różnicą. Najwyższy Kapłan miał uszy dwukrotnie dłuższe od przeciętnego elfa. Jasna skóra wydawała się niemalże przezroczysta, co u człowieka byłoby oznaką jakiejś paskudnej choroby, natomiast on wyglądał na kogoś w pełni sił. Najgorsze jednak były oczy. Całe czarne, bez białek, jak gdyby źrenice zajęły cały oczodół.
Oczy fellardisa.
Przełknął nerwowo ślinę. Cóż to za stwory przybyły im na pomoc? Fellardisy, postacie z legend i odległej prahistorii. Magiczna postać elfów, ta półmaterialna, przez co tym bardziej przerażająca. Stwory, które dawno przegrały w ewolucyjnym wyścigu, zastąpione przez lepiej przystosowane elfy, ich potomków.
Uczył się o tym na Akademii. Nie miał jednak pojęcia, jakim cudem ów relikt przeszłości siedzi teraz przed nim, uśmiechając się pobłażliwie. Współczesne elfy nie mogły zamieniać się w fellardisy!
- Jestem pełny podziwu dla waszej odwagi w powstaniu. Proszę, niech pan usiądzie.
Młodzieniec nadal stał, wpatrując się nieufnym wzrokiem w Kapłana.
- Czego od nas oczekujecie? Nic nam do konfliktu spiczastouchych, to jest nasza planeta… Być może na Alitsei pozwalają wam traktować ludzi jak śmieci, ale to jest Haolinia.
- Czy widzi pan tu inne elfy, prócz mnie? Nie wybierałem swojego pochodzenia i nie jestem z niego bardziej dumny, niż gdybym był człowiekiem, numidem, wilem czy erdginnem. Nie jestem tu też po to, aby odbierać wam wolność. Parlament poparł mój wniosek o ustanowienie Haolińskiej Autonomii. Sami sobie nie poradzicie, ale otrzymacie tyle wolności, ile to będzie możliwe, zatrzymując wszystkie kopalnie…
- Bardzo to uprzejmie z waszej strony,
wasza ekscelencjo. Mam uwierzyć, że pomogliście nam z dobroci serca? A może ta wasza Pani każe wam spełniać bezinteresownie dobre uczynki? – w głosie Itrisa wyraźnie było słychać szyderstwo. Stojący w cieniu Kapłani poruszyli się niespokojnie, ale białowłosy elf powstrzymał ich ruchem dłoni.
- Nie. Nie jest to do końca bezinteresowna pomoc. Powiedzmy, że tymczasowo nasze interesy są wspólne. Obaj nie chcemy, aby haolińskie kopanie znajdowały się w rękach elishalijskich elfów. To przerwie ich monopol na większość surowców naturalnych. Źle się żyje pod dyktaturą monopolistów…
Itris pokiwał powoli głową. Jakkolwiek elf mówił rozsądnie, starał się wychwycić w jego słowach ukryte drugie dno.
Choć, jak podejrzewał, i tak nie miał żadnego innego wyjścia.
- Nie mam prawa decydować za wszystkich. Walki nawet jeszcze do końca nie ustały…
Był zmęczony i Najwyższy Kapłan to dostrzegł.
„Widzisz, mały, tak to jest. Władza to nie tylko przywileje. Odpowiedzialność, wiadomo. I ciężka praca. Za parę lat być może będziesz musiał brać tabletki energetyzujące, aby zawsze wyglądać na wypoczętego i w pełni sił.”
Na razie Haolinia jeszcze nie ugasiła wszystkich pożarów po powstaniu, ale plany co do tego, jakie państwo wyrośnie na zgliszczach elfickiej kolonii, snuto już od dawna. Wieści o ogniskach buntu dotarły zarówno do Lishkanu, jak i z pewnością do Lamverny. Najwyższego Kapłana nieco niepokoił brak reakcji ze strony Przewodniczącego Rady. Jednak on sam, razem z lishkańskim Parlamentem, nie próżnował, podżegając Haolińczykow do powstania. Paru zaufanych agentów w odpowiednich miejscach… Na takiej Akademii na przykład. Dalej już wszystko zadziałało jak reakcja łańcuchowa. Niesprawiedliwość elfich panów musiała wreszcie dać efekty. Polityka wybaczy wszystko prócz głupoty…
Na Haolinii powstanie teraz demokratyczna Republika. Lud z pewnością poprze Itrisa Sidernacha, jednego z bohaterów powstania, na stanowisku prezydenta. Miał na to wystarczająco wiele charyzmy, natomiast Lishkan posiadał wystarczająco wiele pieniędzy na kampanię prezydencką. A owa młodzieńcza zapalczywość? Najwyższy Kapłan dopilnuje tego, aby dobrano mu odpowiednich doradców.
- Jeszcze tylko jedno, panie Sidernach – elf spojrzał uważniej na swojego rozmówcę. – Z tonu, jakim mówił pan o naszej Pani przypuszczam, że jest pan ateistą. Ewentualnie deistą, to też się podobno staje ostatnio modne. Może wyznawcą kultu Saaich, nie wiem i nic mi do tego. Jednak radziłbym panu nie umniejszać roli wiary. Jeśli dziesięć milionów istnień wierzy w coś, o co gotowa jest walczyć, a nawet zginąć, to jest to potężna siła. Kiedyś wdałem się nawet w interesującą dyskusję na ten temat z Falvelem Tevellim… - Najwyższy Kapłan uśmiechnął się na tą myśl. Itris zauważył, że oficer, który go tu przyprowadził, skrzywił się, jak gdyby elf wymówił imię samego Złego. W Lishkanie Przewodniczący Rady Alitsei nie cieszył się dobrą sławą. – On nazywa to syndromem symbolu i twierdzi, że nie ma w tym żadnej magii, żadnej boskiej ingerencji, że to tylko kwestia psychiki. To inteligentny człowiek, czy też może arlin, jak niektórzy mówią, ale za bardzo ufa swojemu rozsądkowi. Niech pan spojrzy, panie Sidernach, na ten sztylet. Na pozór zwykły, niemagiczny kawałek stali. Mało skuteczna broń w dobie atrylicznych mieczy i pistoletów laserowych, nie mówiąc już o broni o większej sile rażenia. Owszem, dla nas jest symbolem, bo nim właśnie zwykły człowiek zabił podczas rewolucji narvalijskiej Francisa Carlisiei, Pana Trzeciego Księżyca…
- Nie musisz mnie uczyć historii, wasza ekscelencjo. My jednak nazywamy Francisa Carlisiei po prostu Przewodniczacym Drugiej Rady, a ową historię ze sztyletem traktujemy raczej jako legendę…
Najwyższy Kapłan pokiwał głową.
- Być może. Nie to, czy tak było naprawdę, jest najważniejsze. Najważniejsza jest sama kwestia symbolu, tego, w co się wierzy. I nie jest to tylko kwestia psychiki. Bo jak inaczej wytłumaczyć to, że tym właśnie sztyletem zabito dziś Teyshira Ninyoiilish, elfickiego zarządce Haolinii, mimo gigamanvów sieci zaklęć ochronnych, którymi był obłożony? Widział pan ciało i z pewnością zdaje sobie sprawę, że takie zabezpieczenia bardzo trudno ominąć, nawet magicznie. Czemu więc poradziło sobie z nimi zwykłe żelastwo, wbite z odpowiednią siłą w gardło?
Itris zmarszczył brwi. Elf prawie widział wypisane na jego twarzy wątpliwości. Czy to jakaś kolejna sztuczka? Czy ten białowłosy dziwak chcę swoją opowieścią odwrócić jego uwagę od czegoś istotnego? Co powinien na to odpowiedzieć?
- Po co mi pan to mówi? – spytał wreszcie po prostu, zapominając o tytule, z którym do tej pory zwracał się do Kapłana.
- Chcę tylko, aby się pan nad tym zastanowił. I przyjął ten sztylet, jako dowód naszej dobrej woli.
Tym razem na twarzy Haolińczyka pojawił się wyraz zaskoczenia. Oj, będzie się musiał chłopak nauczyć panować nad swoimi emocjami…
- Skoro jest dla was taki ważny… To czemu go oddajecie?
- Nie oddaję go przecież wrogowi, ale sojusznikowi.
- Sojusze się zmieniają, wasza ekscelencjo.
- To naturalna kolej rzeczy. Ale najpierw powinny wykonać swój cel. Życzę dobrej nocy, panie Sidernach.
***
Pojawiła się tam zupełnie niespodziewanie. Z mroku zaczęły wyłaniać się kształty, niewyraźne cienie uformowały się w monumentalne budowle, ciemność rozjaśniły czerwone promienie zachodzącego słońca.
Zawiało, zaszumiało. Jej szaty zafalowały na wietrze.
„Gdzie ja jestem?”
Zrobiła ostrożny krok na przód, niepewna podłoża świata, w którym się znalazła. Było cicho, nienaturalnie wręcz, miasto wydawało się być wymarłe.
Tak, to było właśnie miasto, teraz to widziała. Kiedyś, w przeszłości, musiało tętnić życiem, teraz zmurszałe budynki groziły nagłym zawalaniem. Wiele z nich zresztą już obróciło się w całkowitą ruinę, w oddali straszyły szkielety ogromnych wieżowców. Cisza była wręcz przytłaczająca, nawet wiatr, przemykając się między gruzami, robił to bezszelestnie.
„Gdzie się podziali wszyscy ci, którzy kiedyś tutaj żyli? A może nigdy ich nie było? Może to miejsce powstało od razu wymarłe? Odbicie w krzywym zwierciadle, wykoślawione, egzystujące w niebycie…”
Złoty błysk. Blask niebieskich oczu. Ktoś tu był.
„Mój wrogu, znowu mnie znalazłeś?”
Podeszła bliżej. W cieniu ogromnego pałacu nie znalazła nikogo, usłyszała jednak odgłos kroków przed sobą i oddech żywej istoty. Wbiegła szybko po schodach, minęła bramę, teraz powyginaną i bezużyteczną. Musi go dogonić, złapać…
Pałacowe korytarze przypominały istny labirynt. Tonęły w półmroku, z którego wyzierały postacie dawno nieżyjących władców, uwiecznionych w obrazach i rzeźbach.
To wszystko jednak rozmywało się w opętańczym biegu. Nie czuła zmęczenia, tylko pęd wiatru we włosach. Usłyszała śmiech. Radosny, z nutką szaleństwa i dzikości, elektryzujący. Tuż przed nią.
Ona też zaczęła się śmiać. Spostrzegła, że teraz nie ona goni złotowłosego chłopca, ale on ją. Czuła jego ciepły oddech na swojej szyi, gdy prawie ją chwycił, ale wymknęła mu, nie chcąc jeszcze kończyć tej szaleńczej gonitwy.
- Złap mnie! Jesteś już tak blisko…
Ich głosy odbijały się echem po pustych korytarzach, które być może nigdy nie słyszały podobnych dźwięków. Dwójka dzieci wypadła na dziedziniec, równie wymarły jak reszta pałacu. Nie rosła tutaj nawet kępka najlichszej trawy, ziemia była sucha i spękana. Nie zwrócili jednak na to uwagi, nie widząc świata poza sobą i swoją zabawą. Znowu wbiegli do pałacu, wśród chichotów i radosnych wrzasków, przemierzyli kolejne puste pomieszczenia i wreszcie zatrzymali się u wejścia do ogromnej sali, której koniec ginął w mroku. Powaga tego miejsca sprawiła, że śmiechy ustały jak ucięte nożem, a chęć do dalszej zabawy wywietrzała im z głów.
Lilka bezwiednie chwyciła swojego towarzysza za rękę. Trochę obawiała się, że w tym momencie on zniknie, zostawiając ją samą w tym ponurym miejscu. Jego dłoń była jednak całkowicie materialna, ciepła i niespodziewanie mocna, mimo że jej właściciel na pierwszy rzut oka wydawał się być drobny i delikatny.
- Gdzie jesteśmy?
- Nie wiesz? To ty nas tu sprowadziłaś…
- Ja… - Rozejrzała się. Chociaż pierwszy raz widziała to miejsce, to wydawało się ono dziwnie znajome. Wywoływało w niej dziwny niepokój, stwierdziła, że wcale nie chce się tu znajdować.
- Nie musisz. Możesz się obudzić…
- Ale… Ja chcę wiedzieć…
Chłopiec uśmiechnął się pod nosem, jakby nieco triumfalnie. Zaprowadził ją na niewielkie podwyższenie. Odwrócili się i spojrzeli razem na drogę, która przebyli w półmroku.
- Możesz zobaczyć tutaj coś zupełnie innego. Wszystko zależy od ciebie.
Brzmiało to bardzo zachęcająco, jednak jej niepokój wzmógł się jeszcze bardziej.
Nie ufaj mu!
To kłamca…
Nie możesz tracić czasu na gonienie za mirażami. Masz zadanie do wykonania.
Kłamca…
Cóż ci to da? To sen, złudzenie… Nie osiągniesz w ten sposób celu…
KŁAMCA!
Lilka potrząsnęła głową, próbując odgonić od siebie natrętne głosy. Sama wie, co dla niej dobre, nie jest dzieckiem. Owszem, posiadała ciało pięciolatki, jednak jej umysł był dużo starszy. W swoim krótkim życiu widziała wspomnienia niezliczonej ilości osób, stanowiły one część jej samej i zlewały się w pamięci w jedno. Jakże więc mogła nadal myśleć jak zwykłe dziecko, być tak beztroska, jak jej rówieśnicy?
Usiłowała wyobrazić sobie miejsce, w którym chciałaby się znaleźć, coś, co pragnęłaby zobaczyć. Ogarnęło ją dziwne ciepło, miękkość i…
Obudziła się.
Pierwszą rzeczą, którą ujrzała, był czarny płaszcz Victorii. Lilka jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak rozczarowana. Miała przeczucie, że coś niezwykle istotnego wymknęło jej się z rąk, gdy już dotykała tego opuszkami palców. I, co gorsza, była niemalże pewna, że kolejna okazja pochwycenia tego nie powtórzy się zbyt prędko, a być może nawet już nigdy.
- Co to za miasto? – spytała wreszcie zaspanym głosem. Minęła dłuższa chwila, zanim zorientowała się, że właśnie pojawili się w zupełnie innym miejscu.
- Przed nami Radenta…